Głosy w sprawie

Kontrewolucja czyli równość w teatrze

Kontrrewolucja to upomnienie się o "demokratyzację" teatru, o równy dostęp do wszystkich jego odmian, języków, estetyk - bez podziału na to, co nowe, stare, modne dziś i modne kiedyś - Katarzyna Knychalska o manifeście kontrrewolucyjnym Jacka Głomba.

«Współtworzyłam i podpisałam manifest kontrrewolucyjny ogłoszony przez Teatr Modrzejewskiej w Legnicy. Pytana, przeciwko komu konkretnie jestem, odpowiadam: nie walczymy z modnymi dziś nazwiskami

Kilka dni temu Teatr Modrzejewskiej w Legnicy ogłosił manifest kontrrewolucyjny, który wywołał środowiskową dyskusję. Manifest ten współtworzyłam i podpisałam. Ale trzy lata temu, kiedy nie myślałam jeszcze nawet o współpracy z Teatrem Modrzejewskiej, założyłam wraz z przyjaciółmi z filologii polskiej we Wrocławiu kwartalnik teatralny "nietak!t". Kwartalnik najbardziej jak tylko można - kontrrewolucyjny.

Nawet dziś żadne z nas nie dobiegło jeszcze trzydziestki. Jesteśmy dziećmi nowoczesności i nowoczesny teatr się o nas upomina. Podobno świat naszego pokolenia jest światem fragmentów i dlatego sztuka dla nas też musi być fragmentaryczna. Mówi się nam, że fabuła jest ogłupiająca, a olśnienie przyjść może tylko z chaosu znaków, krzyku, gagu i skandalu. Tłumaczy się, że nie możemy obrażać się na to, co nas otacza, że nie zawrócimy kijem rzeki. Musimy akceptować kicz w życiu i tym samym kicz na scenie, bo przecież scena odbija rzeczywistość. A wszystko, co odbiega od lansowanego wzorca, uznać za "staroświeckie".

Są w naszym pokoleniu ci, którzy lubią spektakle Moniki Strzępki, i ci, którzy najbardziej cenią Lecha Raczaka. To normalne. Nienormalne jest natomiast przekonywanie, że istnieją tylko ci pierwsi. Moda teatralna nie tylko unifikuje sceniczny świat, ale i przekrzywia obraz jego odbiorców. A twórcy tej mody roszczą sobie prawo do określania potrzeb i upodobań młodego widza.

To my jesteśmy młodymi widzami i jako widzowie właśnie - zmęczeni, znudzeni powtarzalnością i komercyjnością współczesnego teatru tego głównego, awangardowego nurtu - powołaliśmy naszą fundację i naszą gazetę.

Kontrrewolucja teatralna to zjawisko dużo szersze niż tylko branżowe prztyczki pomiędzy dyrektorami teatrów, zawsze obciążonych posądzeniem o bronienie własnego podwórka. Kontrrewolucja to upomnienie się o "demokratyzację" teatru, o równy dostęp do wszystkich jego odmian, języków, estetyk - bez podziału na to, co nowe, stare, modne dziś i modne kiedyś. Wywyższanie kategorii nowości ponad poziom artystyczny, warsztat, oryginalność czy pasję nie wróży najlepiej i współczesnemu teatrowi, i samemu widzowi. A już na pewno widzowi młodemu, którego nie uczy się poszukiwania, porównywania i samodzielnego myślenia, ale zarzuca z każdej strony jedną wizją gloryfikowanego, nowoczesnego teatru.

To kontrrewolucja nie tylko w opozycji do modnego teatru, ale też obowiązującego modelu kultury, który swoje starsze niż pięć lat wytwory czyni "staroświeckimi" lub "nienadążającymi za teraźniejszością", a hołubionych przed pięciu laty artystów skazuje na przedwczesną emeryturę, niezależnie od tego, w jakim są okresie twórczych zdolności. Widzów natomiast pozbawia równoprawnego dostępu do setek fantastycznych zjawisk, obecnych przecież na artystycznej mapie kraju, ale zepchniętych na margines - czy to z powodu swej fabularności, apolityczności, niemodnego w tym sezonie języka teatralnego, czy jakiegokolwiek innego sposobu odstawania od mainstreamu.

Pytana wciąż, przeciwko komu konkretnie jestem, odpowiadam: naprawdę nie walczymy z modnymi dziś nazwiskami, przecież za dwa, trzy lata czeka ich to samo - wypadnięcie z obiegu.

***

Komentuje Tomasz Mościcki, krytyk teatralny

Zgadzam się z Jackiem Głombem, że najciekawsza w teatrze jest opowieść, obserwowanie ludzkiej natury, odnajdywanie się w różnych epokach. Jestem też przekonany, że nowoczesność to nie przebieranie klasycznych bohaterów w garnitury czy bieganie nago na scenie.
Kontrrewolucja, którą postuluje Głomb, ma sens, ale obawiam się, że czeka ją fiasko, jeśli będą za nią stali jedynie przedstawiciele jego pokolenia lub jeszcze starsi twórcy. Tu trzeba młodej krwi. Dopóki w najmłodszym pokoleniu nie pojawi się sześć-siedem uzdolnionych osób, które zaczną myśleć zupełnie inaczej o teatrze, nic się nie zmieni. To młodzi muszą wykreować mądry, nowoczesny teatr, działający w służbie literaturze. Jeśli w ciągu roku, dwóch pojawi się osiem takich spektakli-wydarzeń, będzie można mówić o istotnej zmianie, o pojawieniu się przeciwwagi dla tego, co modne w polskim teatrze w ostatnich latach.
Wydaje mi się jednak, że ja już takiego teatru nie zobaczę, bo obecny, awangardowy nurt zanosi się na 30 lat kontynuacji. Możliwe, że ostatni dzwonek już za nami - pokolenie mistrzów, od których mogliby uczyć się młodzi, a którzy zostali spostponowani przez Monikę Strzępkę, jest na wymarciu lub emeryturze.»